wtorek, 25 lutego 2014

Ośmiorniczki atakują

Ciąg dalszy Carmen


Wracając do domu w głowie wciąż słyszałam echo słów Moriego. Szłam chodnikiem uważając na to, żeby nie stanąć na pęknięciu, a wspomnienia czasów, gdy wszystko było takie proste same napływały mi do mojego umysłu. Wtedy wszystko było łatwe. Nie trzeba było mieć drogich, markowych ubrań. Najnowszego smartfona. Można było być po prostu sobą – nikogo nie udawać. Nuciłam pod nosem piosenkę, którą mama śpiewała mi, zanim jeszcze straciła pracę i zaczęła pić. Usłyszałam sapnięcie. Odwróciłam się lekko, udając, że patrzę jedynie na drugą stronę ulicy. Kątem oka spojrzałam za siebie i zobaczyłam rosłego mężczyznę. Miał kaptur na głowie, a jego oddech słyszałam coraz wyraźniej. Przyśpieszyłam kroku, lecz wydawało mi się, że i on zaczął iść szybciej. Czułam, że powinnam zacząć biec, ale wtedy zapewne zacząłby gonić za mną. Z pewnością by mnie dogonił. Otrząsnęłam się. Pewnie to zwykły mężczyzna, który po prostu idzie w tę stronę, co ja. Wyciągnęłam z torby słuchawki i wtedy poczułam dłoń na ramieniu. Ostre szarpnięcie targnęło mną wprost do ślepej uliczki. Mężczyzna przydusił mnie przedramieniem do ściany. Patrzył na mnie swoimi czarnymi oczyma. Widziałam w nich wszystko, co się za chwile stanie. Czułam dłonie, które oblepiały moje ciało. Dyszał na mnie, klnąc niemiłosiernie. W moim umyśle krzątały się rozmaite myśli. Chciałam krzyczeć, lecz jego ręka miażdżyła mi krtań. Szamotałam się, chcąc wyrwać swoje ciało z jego objęć - był ode mnie silniejszy. Modliłam się, aby ktoś mi pomógł, jednak nikogo nie było. Ulica była pusta, a światła w budynkach zgaszone. Miasto umarło, a ja wraz z nim.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Natchniony Laną Del Rey

Carmen

1
Utopia


Kiedy weszłam do środka, poczułam dreszcze i endorfiny rozpływające się po moim ciele. Oświetlenie i muzyka tworzyły klimat wieczności. Sprawiało to poczucie bezpieczeństwa i błogości. Kiedy przekroczyłam próg klubu, przestałam myśleć o tym, co przez cały dzień zaprzątało mi głowę. Byłą sekretarką matki - Nema, która puściła się z moim ojcem. Halle i Lujah, którzy, jak co dzień śmiali się mnie. Mimo to bezwstydnie chodzili do kościoła. Kat-Harsis, która rozpuściła plotkę w całej szkole, że się sprzedaje, bo matka wyrzuciła mnie z domu. Wszystko poszło w niepamięć. Pozwoliłam prowadzić się muzyce. Czułam jak całe zło dzisiejszego dnia odpływa wraz z kolejnymi ruchami mego ciała. Mogłabym spędzić resztę życia tańcząc bez pamięci. Światła opływały moje ciało, a ciemność ukrywała to, co miało już nigdy nie wrócić – cierpienie. Otwierając oczy widziałam jedynie tłum ludzi, którzy zdawali się również pragnąć jedynie chwil zapomnienia.
- Nie widziałem Cię wcześniej w Utopii. Jesteś tu nowa? - Zagadnął mnie brunet ubrany czarną koszulkę z nadrukiem, starając się przekrzyczeć muzykę. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak diler.
- A czy to ma jakieś znaczenie? – Powiedziałam, chcąc go spławić i móc oddać się z powrotem rozkoszy zapomnienia.
- Jestem Mori, a Tobie jak na imię?
Chłopak nie wyglądał, jakby zamierzał odpuścić, więc odeszłam w stronę baru, aby trochę odsapnąć.
- Barman! - Starałam się przekrzyczeć muzykę – Coś mocnego!
- Nie jesteś trochę za młoda? – Uśmiechnął się i sięgnął po jedną z butelek nalewając mi coś do szklanki.
- Nie wiesz może, co to za facet? – Mówiąc to, wskazałam na bruneta, który właśnie zbliżał się ku mojej skromnej osobie.
- Jeśli lubisz kłopoty, powinnaś się z nim dogadać – Napomknął barman i odszedł ku kolejnej, spragnionej procentów duszy.
Sięgnęłam po napój i wypiłam łyka. Nie wiem, co to było, ale porządnie wykrzywiało mordę. Odstawiłam szklankę i patrzyłam jak … Neri czy jak mu tam, próbuje się przebić przez tłum w stronę baru. Chłopak widocznie upodobał sobie mnie, jako dzisiejszy łup.
- O nie, nawet o tym nie myśl - pomyślałam – spokojnie, pewnie za chwile sam się przekona, że nie jestem warta uwagi.
- No wiec jak? – Zapytał Mori, kiedy znalazł się wystarczająco blisko mnie - Zdradzisz mi swoje imię?
- Carmen – Krzyknęłam, żeby mieć go z głowy i nie musieć powtarzać dwa razy.
- A więc, Carmen, udamy się w nieco cichsze miejsce?
Kiedy patrzyłam w jego, brązowo-zielone oczy czułam się jak niepoprawna romantyczka z książek pokroju zmierzchu, które czytają nastolatki. Przyznaję, że też czytałam ten chłam z czystej ciekawości i totalnie nie potrafię pojąć, co ci dwaj widzieli w tej biednej sierotce. Miałam kilka takich chwil, kiedy chciałam być na jej miejscu. Czuć, że ktoś mnie potrzebuje, a nawet pragnie.
- Prowadź - powiedziałam.
Mori złapał mnie za przegub i zaczął przecinać tłum ludzi na wskroś, aż znaleźliśmy się w loży ukrytej, za kotarą. Wskazał mi, aby usiadła, więc i tak zrobiłam.
- Po co? –Zapytałam przerywając ciszę.
- To znaczy? – Powiedział zdezorientowany.
- Dlaczego mnie tu zabrałeś?
- Obserwowałem Cię, jak tańczysz i pewnie nie uwierzysz, ale wyglądałaś, jakbyś chciała tańcem sprawić, aby wszystko przestało istnieć. Tak wiem, to brzmi idiotycznie, ale tak właśnie było.
- Słodkie – uśmiechnął się – Mogę już sobie iść? – Uśmiech zszedł z jego twarzy równie szybko jak się pojawił, więc wstałam i … usiadłam, ponieważ złapał mnie za rękę i straciłam równowagę.
- Czemu jesteś taka oschła podczas gdy mam coś, co może odmieć twoje życie?
Spojrzałam ponownie prosto w jego oczy. Teraz wydawały się być granatowe, jak burzowa chmura. Nigdy nie przypuszczałam, że którykolwiek chłopak będzie potrafił przykuć moją uwagę.
- Widzę, że Cię zaintrygowałem – uśmiechnął się
- Co masz na myśli? Narkotyki? Dopalacze?
Kompletnie nie rozumiałam jego pobudek, wobec mnie. Czułam jednak, że nie pozostaje mi nic innego, jak wysłuchać tego, co ma mi do zaoferowania.
- Narkotyki, to jedynie ułuda. Ja mogę dać ci rzeczywistość, o jakiej tylko mogłaś marzyć.
- Jesteś jakimś zboczeńcem. Świrem! – poczułam, że czas opuścić to miejsce i wrócić do domu.
- Carmen, uspokój się. Wysłuchaj, a później podejmiesz decyzję – powiedział nieco poważniejszym tonem.
Teraz, kiedy na niego patrzyłam, wydawał się być starszy niż wcześniej to oceniłam. Może to przez oświetlenie albo barman dodał mi coś do drinka.
- Masz trzy minuty na wyjaśnienie mi, o co Ci chodzi – Powiedziałam stanowczo.
- Wyobraź sobie, że cały świat jest w Twoich dłoniach. Możesz uczynić z nim, co zechcesz. Pomyśl, że możesz zmienić wszystko i wszystkich według własnego widzimisię.
 Mówiąc te słowa Mori wpatrywał się we mnie i przeszywał wzrokiem, jakby chciał wzbudzić we mnie zaufanie. Nie wiem, co mnie skłoniło, aby zgodzić się go w ogóle wysłuchać.
- Minuta pięćdziesiąt cztery – Powiedziałam patrząc na wyimaginowany zegarek na mym zegarku.
- Do rzeczy – powiedział Mori – Gdybyś mogła coś zmienić, co by to było?
Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to fakt, że żyję. Później pomyślałam o wszystkich problemach. Nie tylko dzisiejszych, ale też o tych, które trapiły mnie od dawna. Byłam szarym „nerdem”, który myśli wyłączenie o tym, czy w ogóle warto pokazać się na balu maturalnym.
- Często rozmyślałam o tym, dlaczego Bóg poskąpił mi gustu, charyzmy czy nawet poczucia humoru. Nie mam przyjaciół, czy nawet znajomych. Może poza Nomadem. Cała reszta mnie ignoruje i udaje, że nie istnieje. Nie mam nic.
Wszystko wypływało ze mnie jak z pękniętej tamy, którą był mój umysł. Kryłam to wszystko w sobie, a teraz coś we mnie pękło i po prostu musiałam to powiedzieć na głos.
- A więc czego pragniesz? – Zapytał Mori
- Chciałabym posiadać coś, co sprawiłoby, że stałabym się wyróżniona. Chcę by wszyscy wiedzieli, kim jestem i zapamiętali na długo – Sama dokładnie nie wiedziałam, o co konkretnie mi chodziło.
- Co byłabyś w stanie poświęcić, w zamian za ten dar? – Brunet sprawił, że poczułam ciarki na mym ciele.
- Począwszy od mojej duszy? Wszystko! – Wykrzyknęłam głośno, po czym zdawało mi się, iż muzyka w klubie na chwilę przycichła, aby wszyscy mogli mnie usłyszeć.
- Dlaczego? – Zapytał Mori.
-Czy kiedykolwiek zauważyłeś, jakie łatwe jest życie innych ludzi? Kupują modne ubrania. Mają samych wpływowych znajomych. Są zapraszani na najlepsze imprezy i wydaje się jakby zawsze otrzymywali to, czego chcą. A Ty jesteś zawsze gdzieś z boku.
Cały żal, jaki miałam do świata wylewał się ze mnie. Mori patrzył na mnie z uwagą i dozą intrygującej tajemnicy, która kryła się w jego spojrzeniu. Patrzyłam na niego, a on jakby przeszywał mnie całą. Wydało się, jakby mógł usłyszeć moje myśli.
- Nikomu nie zrobiłoby różnicy gdybyś w ogóle nie istniała –pomyślałam ze smutkiem.
Mori wstał, uśmiechnął się i powiedział.
- Jest w Twoim życiu ktoś, komu na Tobie zależy. Kiedy go stracisz…


Rozległ się dźwięk telefonu…


CDN.

niedziela, 12 stycznia 2014

Szkolne paranoje :)

Dziś chciałbym przedstawić paranoje w mojej szkole ...
Ostatnio w moim kochanym technikum z tygodnia na tydzień jest coraz ciekawiej.
Wszystko zaczęło się bodajże od dwukrotnie zatkanych umywalek ( UWAGA! ) w damskiej toalecie. Wniosek dyrekcji był taki, iż zablokują nam "szczęśliwy numerek" na czas nieokreślony.
Na poprawie sprawdzianu z matematyki nauczyciel nie podał poleceń do sprawdzianu, mimo licznych próśb ze strony uczniów.Psorka od polskiego wpisała mojej koleżance jedynkę za niezadane zadanie domowe.Jednej babce od angielskiego nie chciało się robić lekcji, wiec zwolniła całą grupę do domu.
Jeden z "super pomysłów" naszej szkoły:
- Kupić papier kredowy (bo po co zwykły)
- Drukować na nim kolorową gazetkę szkolną (4zł-sztuka)
- Udostępnić ją tego samego dnia na stronie szkoły za darmo ...

Kobieta od zawodowych robiąc sprawdzian albo kartkówkę nie uznaje osobistego toku myślenia i zalicza jedynie słowa, których ona sama użyła. Raz chciała się ze mną kłócić, że źle napisałem kartkówkę, podczas gdy przepisałem słowo w słowo to co było w książce. Gdy powiedziałem jej, że to samo jest w książce uznała, że "Uznam ci to, ale to nie po mojemu". Ta sama kobieta kazała nam się nauczyć tabeli o spółkach i powiedziała, że pozwoli nam poprawiać tą kartkówkę, aż nie będzie pozytywnej oceny. Kiedy jedna z moich koleżanek napisała tą kartkówkę na jedynkę, psorka stwierdziła, że nie pozwoli jej podejść do kartkówki kolejny raz.
Uwaga złamanie statutu: 4 sprawdziany w ciągu jednego tygodnia i tak przez 2 tygodnie.

Fajnie co nie? A dlaczego tak się stało? Ponieważ przez półrocze wszyscy mieli czas, a pod koniec semestru nagle przypomnieli sobie, że muszą być 3 oceny do wystawienia semestralnej. Jednak psor od fizyki pobił wszystkich o głowę. Pewnego dnia przyszedł na lekcje 9 minut przed dzwonkiem i udał, że wszystko jest w porządku. Nie było go przez prawie cały semestr i chyba myśli, że jego przedmiot wychodzi poza normy szkolne.

Pomińmy tą jakże piękną ocenę. Otrzymałem ją tuż po prawie półmiesięcznej nieobecności nauczyciela, który zaraz po swoim przybyciu jeb*ął nam kartkóweczkę :)
Pewnie byłoby tego więcej, ale jako, że nie byłem skłonny zrobić pełnego rozeznania opisałem jedynie to co zdarzyło się mojej grupie ...
A teraz to co każdy z nas wie: Oświata jest poje*ana 
Zacznijmy od faktu, że przedmioty ogólne są w pierwszej klasie całkowicie bez celu. Nie nauczą nas tam niczego co byłoby w jakimś stopniu przydatne (przynajmniej na moim kierunku)
Ostatnio zapytałem pewną kobietę po studiach jaki jest cel nauki o DNA w zawodzie "technik organizacji reklamy"Odpowiedź: No .... ym ... nie wiem*
Albo jeszcze ciekawsza odpowiedź matematyka, który został zapytany o przydatność w praktyce przekształcania wzorów
Odpowiedź: Kiedy będziecie musieli na fizyce (...)*
Także wnioski same się nasuwają ...
Nauka tak istotnych w życiu tematów jak "przeróbka ropy naftowej i węgla kamiennego" czy "równania i układy równań pierwszego stopnia" lub "interpretacja Psalmu 51" jest potrzebna jedynie w szkole i kiedy wyjdziemy poza mury tego budynku możemy o tej wiedzy zapomnieć, bo wątpię by ktoś pragnął rozmawiać w autobusie o tym dlaczego "Czerni się w wodzie żabi skrzek".
Szkoła od lat skłania do ściągania, przepisywania zadań, wagarowania i innych tego typu zachowań. Spowodowane jest to tym, że najzwyczajniej Ci którzy wymyślają to, czego mamy być nauczani nie mają o tym nauczaniu zielonego pojęcia. Program jest przeładowanym bezsensownym bełkotem, który ma wyprać nam mózgi, aby przystosowały się do przyjmowania poleceń bez względu na ich sens. Od najmłodszych lat kreatywność jest tępiona, a jeśli myślisz teraz o lekcji muzyki i plastyce to jest to tylko ułuda :) 

Pomyśl, jaki sens mają 2-3 godziny religii tygodniowo, a fizyki czy chemii jedna w tygodniu ... Ja też nie znam na to pytanie odpowiedzi i pewnie mógłbym przejść się do dyrekcji w poniedziałek i zapytać dlaczego tak właśnie jest, a miła pani sekretarka czy inna urzędniczka spojrzałaby na mnie i odpowiedziała bełkotem, którego wyuczyła się prawdopodobnie na pamięć.


*Odpowiedzi są jedynie przybliżoną wersją, gdyż niestety moja pamięć nie zapamiętała pełnej treści wypowiedzi :)

środa, 27 listopada 2013

Nie ufaj miłym ludziom - opowiadanie


Dynia


18:55 23 września 2008
- Bardzo dziękujemy - uścisnęła dłoń pani Carmody.
- Przyjemność po naszej stronie. Weźcie jeszcze trochę ciasta dyniowego na drogę - kobieta serdecaznie się uśmiechnęła i wręczyła pakunek Karou
- Wyjaśnię wam, jak dojechać do Sugarville. Kiedy wyjedziecie z miasteczka i miniecie pole dyniowe powinniście skręcić w prawo na rozdrożu. Później wystarczy patrzeć na znaki. - powiedział pan Carmody – gospodarz domu.
- Jeszcze raz dziękujemy. – dodał Erias, wsiadając do samochodu.


19:38 23 września 2008 
- No chyba żartujesz? – powiedział, kiedy tuż przy polu usłyszał gasnący silnik.
- Co się stało? – zapytała niemrawo Karou, która jeszcze chwilę temu spała.
Chłopak wysiadł z samochodu. Kiedy podniósł maskę od razu rozpoznał (oczywistą) przyczynę.
-Silnik zdechł.
-W takim tempie nigdy nie dojedziemy na miejsce. – Euforia Karou, która ją przepełniała w związku z pokazem mody Dolores Blackburn uleciała równie szybko, jak nadzieja, że tej nocy opuści to przerażające miasteczko.  Dolores była projektantką mody, która zasłynęła  z projektów kreacji dla Lady Gagi. Mimo, że nie pracuje już z gwiazdą, wciąż cieszy się popularnością i uznaniem w świecie mody.
- Obiecuje, że dojedziemy na czas. – powiedział Erias sam  nie wierząc w to co mówił - Spójrz - chłopak wskazał palcem na palące się światło widoczne pomiędzy drzewami - tam jest jakiś dom.
- Ja tam nie idę, nawet na to nie licz.
- Dobrze, ja pójdę, a ty tu zostań. – mówiąc to, dobrze wiedział, że ona nigdy nie zostałaby sama w szczerym polu. Kiedy ruszył w stronę domu usłyszał szelest liści – to Karou.
Idąc pomiędzy, ogołoconymi z liści, drzewami zobaczył niewyraźną postać. Był to strach na wróble.
-Koszmarek – szepnęła Karou mijając czupiradło. Nie była pewna, ale wydawało jej się, że straszydło łypało na nią spod czupryny słomianych włosów. – Pośpieszmy się, dobrze? – powiedziała wyraźnie poddenerwowana.
Oboje przyspieszyli tępa, jakby czuli zbliżające się ku nim niebezpieczeństwo. Z każdym krokiem zaczynali przyspieszać, aż zaczęli biec w stronę pobliskiej chaty. Karou zbliżała się do domostwa, lecz spostrzegła, że Eriasa nie ma nigdzie w pobliżu. Rozglądała się niespokojnie 
- Erias! – krzyknęła, nawołując narzeczonego – To nie jest zabawne! – usłyszała szelest i dyszenie. – Erias? – Teraz nie była pewna czy to dowcip jej przygłupiego amanta, czy ktoś czaił się za drzewami obserwując każdy jej ruch. Emocje wzięły górę – zaczęła biec, coraz bardziej oddalając się od chaty. Biegła ile sił, lecz nogi miała jak z waty – upadła. Obejrzała się za siebie. To co zobaczyła przerosło jej wszelkie obawy. Erias leżał na ziemi – przynajmniej to co z niego zostało. Jego ciało było oskórowane. Wnętrzności zostały usunięte z ciała, a głowa została wyrwana z tułowia. Karou była przerażona i nie potrafiła wydusić z siebie nic, poza głuchym krzykiem rozpaczy. Nie trwał on jednak długo, gdyż to co zobaczyła, gdy podniosła wzrok, było dla niej, jak koszmar, z którego nie potrafiła się obudzić.


16:38 21 września 2009 r. 
Dzisiejszy dzień zapowiadał się zwyczajnie tragicznie.
Pokłóciłam się z Verne. Ostatnio często nam się to zdarza Prawdopodobnie zmierzał właśnie w kierunku Sugarville. On wiecznie był poukładany i kompletnie nieasertywny, w przeciwieństwie do mnie. Ja ciągle robiłam idiotyczne i niebezpieczne rzeczy, dla czystej adrenaliny. Przyznaję, że nieraz przejechałam się na takim stylu bycia. Przynajmniej będzie co opowiadać wnukom na dobranoc. Dzisiaj, zaraz po przebudzeniu usłyszałam, jak Verne rozmawia przez telefon z ojcem. Kiedy tylko miał z nim kontakt zaczynał zachowywać się jak zahipnotyzowany. Nie przeszkadzało mi to w dzieciństwie. Teraz kiedy swoje przeżyłam i mam świadomość tego, jaki ojciec ma na niego wpływ, jest mi go po porostu żal. Tłumaczyłam mu wiele razy, że powinien się opamiętać. Mimo iż jestem młodsza od swojego brata, to o wiele wcześniej zaczęłam myśleć samodzielnie i brać odpowiedzialność za to, co robię. Ojciec dzwonił w sprawie kolejnego zniknięcia. Para młodych narzeczonych zniknęła bez śladu.
Podobno zaginięcia miało miejsce rok temu 23 września w miasteczku Nova.

Coś mnie tknęło.
Sięgnęłam do notesu i sprawdziłam czy data ma jakieś konkretne odniesie do czegokolwiek, co pomogłoby ustalić przyczynę. 
Znalazłam!
„Święto Mabon, które jest powszechnie znane jako dożynki. W tym czasie dziękuje się za wszystko, co przyniosły minione miesiące.”
Kartkując dziennik szukałam informacji o bożkach lub rytuałach, które potrzebują ofiary z dwojga przedstawicieli naszego gatunku. Szkoda, że Verne mnie opuścił - jego mózg byłby, jak znalazł.
 Nie ma czasu. Zadzwonię do wuja Alcona w drodze – powiedziałam sama do siebie


07:49 22 września 2009 r. 
To miasteczko przyprawia o dreszcze. Kiedy meldowałam się w motelu, miałam wrażenie jakby recepcjonistka próbowała zabić mnie wzrokiem. Aktualnie leżę na łóżku, w pokoju który wygląda jakby niejedno widział. Zadzwoniłam do Alcona, lecz niczego nowego się nie dowiedziałam. Potwierdził jedynie moje domysły. Nie cierpię czekać na
informację - zwłaszcza kiedy działam w pojedynkę, bo jaśnie księżna Verne się obraził i postanowił sobie wyjechać. AGHR!!!

Nova (miasteczko skrywające mroczną tajemnicę)
+
Vonie (wiecznie szukająca problemów)
-
Verne  (ci
ągle szukający własnej drogi)
=
MEGA KŁOPOTY

13:14 22 września 2009 r. 
-  Przepraszam, kojarzy pan może tę dwójkę? – mówiąc to pokazałam mu fotografię dwójki zaginionych, których znalazłam w raporcie policyjnym – Podobno widziano ich tutaj. – Mężczyzna wyciągnął dłoń po zdjęcia, lecz jedynie rzucił na nie okiem
- Przykro mi, niestety nie pamiętam żadnego z nich. Rzadko ktoś obcy się tutaj pojawia. – Mówił to tak, jakby traktował przejezdnych jak zarazę.
- Objechałam już sąsiednie miasteczka, lecz tam też nikt o nich nie słyszał. Jakby zapadli się pod ziemię – Wyraz jego twarzy był bardzo wymowny. On ich rozpoznał, ale nie wiedzieć czemu nie chciał nic powiedzieć – Dziękuje i przepraszam – czułam jego wzrok na sobie, gdy wsiadałam z powrotem do auta.


13:47 22 września 2009 r. 
Zajechałam do pobliskiej stacji benzynowej, aby zatankować i kupić coś do jedzenia. Dawno już nie jadłam nic poza batonikami i rybą z puszki.
- Poproszę kilka konserw i trzy galony benzyny
- Rzadko widzi się tutaj zamiejscowych. Dokąd to się pani wybiera ? 
- Kobieta, która mnie obsługiwała wydawała się być miła, więc postanowiłam spróbować zagadnąć ją o zaginionych nowożeńców.
- Próbuję dowiedzieć się co się stało z moimi przyjaciółmi. Zaginęli rok temu i podobno zatrzymali się tutaj, ale nikt o nich nie słyszał, jak na razie. – sięgnęłam do torby i pokazałam jej zdjęcia – Może Pani ich rozpoznaje? – kobieta ubrała okulary i zmrużyła oczy, lecz nie rozpoznała ich. Wtedy do sklepu wszedł mężczyzna ubrany we flanelową koszulę i czapkę z daszkiem. 
- Kochanie widziałeś tutaj tych dwoje? 
- Możliwe, że zatrzymali się tutaj, aby zatankować? – zagadnęłam starca, jednak oboje zaprzeczyli. Usłyszałam dzwoneczek w drzwiach i zerknęłam przez ramię z ciekawości. Był to młody chłopak o kruczoczarnych włosach. 
- Wuju, gdzie to postawić ten karton?
- Postaw koło okna – odpowiedziała kobieta. Chłopak zerknął na zdjęcia, które znów trzymałam w rękach.
- Coś się stało?
- Szukam dwójki przyjaciół, którzy zaginęli jakiś czas temu.
- Kojarzę ich – Nareszcie! – pomyślałam i podałam mu zdjęcie, aby upewnić się, że to na pewno ich pamiętał.
- Pamiętacie tą dwójkę, która zgubiła drogę? – Zapytał chłopak, a starcy spojrzeli po sobie – Zatrzymali się tutaj jakiś rok temu
- Faktycznie! Teraz pamiętam. – Kobieta uśmiechnęła się do mnie.
- Wiedzą Państwo gdzie się później udali?
- Pokierowałem ich jak dojechać do Sugarville i odjechali.
- Powie mi Pan którędy tam dojechać?
- Kiedy wyjedziesz z miasteczka i miniesz pole dyniowe  skręć w prawo na rozdrożu. Później wystarczy, że będziesz patrzeć na znaki
- Dziękuję serdecznie, bardzo mi państwo pomogli – przy drzwiach rozległ się dźwięk dzwonka
- Przepraszam – powiedziała rudowłosa dziewczyna, a zaraz za nią do sklepu wszedł jakiś napakowany koleś, który wydawał się jej chłopakiem.- Zepsuło nam się auto. Czy jest tutaj gdzieś warsztat? 


16:04 22 września 2009 r. 
Mgła otaczająca pole i okoliczne drzewa byłą wręcz demoniczna. Czułam dreszcze kiedy kroczyłam ścieżką, wtedy ujrzałam tego koszmarnego stracha na wróble. Był szkaradny: stary, zniszczony prochowiec, sfatygowany kapelusz i maska która sprawiała, że upiór przyprawiłby niejednego o zawał serca nocną porą. Podeszłam bliżej, aby się przyjrzeć. Wzięłam drabinę i wspięłam po szczeblach. Kiedy znalazłam się na wysokości czupiradła puls mi przyspieszył. Miałam wrażenie, że za chwilę monstrum serwie się z lin, którymi był przytwierdzony do stelażu. Moją uwagę przykuło znamię na mordzie tej zmory. Nagle coś sobie przypomniałam i wyciągnęłam z plecaka zdjęcie dziewczyny. Miała bliznę dokładnie w tym samym miejscu co ta diabelska maszkara.
- No to już wiemy co się z nimi stało


 17:22 22 września 2009 r. 
Poinformowałam Alcona o tym czego się dowiedziałam. Powiedział mi, że to prawdopodobnie 
Karmin –bożek, który opiekował się plonami i ochraniał wioski przez złem. Zazwyczaj jego ołtarz w postaci stracha na wróble był stawiany na polach lub sadach. Składano mu ofiary mu z kobiety i mężczyzny. Niestety wciąż nie znalazł odpowiedzi jak go zabić. Verne wciąż nie oddzwaniał mimo, że zostawiłam mu chyba z tysiąc wiadomości. Na bank wiedziałby, co zrobić w tej sytuacji.


19:49 23 września 2009 r. 
- Czemu ja wcześniej o tym nie pomyślałam!  - powiedziałam, kiedy ujrzałam samochód na środku drogi – To na pewno ta parka, która zatrzymała się w sklepie – Wysiadłam z samochodu i zabrałam ze sobą strzelbę. Biegłam pomiędzy drzewami szukając dwójki niczego nieświadomych cywili. Kiedy wybiegli na mnie wyglądali na przerażonych – maszkaron pewnie już się zerwał na polowanie.
- Uciekajcie do samochodu i … - nie musiałam kończyć, oboje wzięli nogi za pas i pognali w stronę szosy.
Zaczęłam strzelać do tego diabelskiego monstrum, niestety bez skutku. Jako, że srebrne kule nic nie dały musiałam uciekać. Odjeżdżając widziałam z oddali samochód niedoszłych ofiar Karmina.
Zadzwonił telefon – Alcon
- Właśnie uciekłam żywemu maszkaronowi. Masz coś dla mnie?
- Ogień! Musisz spalić święte drzewo! 
- Nie pomagasz. – zdyszana wysapałam do telefonu - Skąd mam wiedzieć które to? – usłyszałam odłożoną słuchawkę – HALO! – wołałam bezcelowo. Słyszałam jedynie ciszę. - No super! – Alcon zawsze się rozłączał, kiedy pytałam go o coś, czego nie wiedział. Poczułam silny ucisk w klatce piersiowej – coś uderzyło w moje auto.


16:22 24 września 2009 r.
Usłyszałam otwierające się drzwi pomieszczenia, w którym się ocknęłam
- Ciociu Nevido proszę nie róbcie mi tego, proszę – był to chłopak, który pomógł mi w znalezieniu moich rzekomych znajomych. Facet który pokazywał mi drogę, wepchnął go po schodach do pomieszczenia– Czemu to robicie? – Był wyraźnie przestraszony.
- Gdyby nie ona – wskazała na mnie – nigdy nie dowiedziałabyś się o tym 
- On – prawdopodobnie chodziło mu o stracha– jest na nas zły, nasze plony marnieją - to dla wspólnego dobra kochanie – mówiąc to zamknął drzwiczki i zaryglował je.
 

16:58 24 września 2009 r. 
- Przestań! – wrzasnęłam na niego – Twoje łażenie w kółko i stękanie nic nie pomoże
- Przecież to nie może być prawda, dlaczego oni to robią? – Chłopak wydawał się być zdezorientowany.
- Musisz mi pomóc.
- Jak? Jesteśmy tu uwięzieni – boże jak ja nie cierpię takich mazgai 
- Jak masz na imię?
- Avion – powiedział chłopak
- Posłuchaj Avion, możemy wyjść z tego cało. Mam na imię Vonie i jestem łowczynią demonów. – Mówiąc to pokazałam mu swój tatuaż na karku, który chronił mnie przez urokami. -Myślę, że po tym co dziś zobaczyłeś, jesteś w stanie mi uwierzyć. Wydaje mi się, że nie masz specjalnego wyboru.  Musisz mi powiedzieć czy w okolicy pola jest jakieś drzewo, które jest stare, albo traktowane, jakby było święte? - spojrzał na mnie i już chciał zaprzeczyć, kiedy nagle coś go olśniło.
- Jest bardzo stary dąb. Z tego co wiem, było to pierwsze drzewo, które posadzono na tych ziemiach –powiedział.
- Obiecuje, wyjdziemy z tego. – sama nie wierzyłam do końca w to co mówię


17:31 24 września 2009 r. 
- Dlaczego to robicie? – chłopak zapytał wyraźnie przerażony tym, że ci których kochał chcą złożyć go w ofierze.
- To jest dla nas trudne, ale to musisz być ty. – powiedziała jego ciotka
- Zostaniemy karmą dla Karmina, podczas gdy wy będziecie się cieszyć szczęściem i brakiem problemów.  To jest dla was takie trudne?- Krzyczałam cała roztrzęsiona.
-Wspólne dobro jest ważniejsze, niż dobro jednostki – powiedziała ta stara raszpla, kiedy siedzieliśmy przywiązani do drzewa.
- Wynośmy się stąd, za chwile zrobi się tutaj nieprzyjemnie. – Powiedziała ciotka do reszty społeczeństwa wplątanego w to całe zamieszanie.


18:41 24 września 2009 r.
- Dlaczego oni to robią? – młody po mimo całej tej sytuacji, wciąż nic nie rozumiał
- Składają nas w ofierze Karminowi. Jest to bożek, który chroni ich plony w zamian za ofiarę z mężczyzny i kobiety, czyli ciebie i mnie w tym przypadku. Wszystko po to,  aby ich marne życie nabrało kolorów. Zabili już tyle ludzi, że jesteś dla nich jedynie kupą mięsa
- Vonie, ale obiecałaś, że nas stąd wydostaniesz!
- Wciąż pracuje nad planem. – kompletnie nie wiedziałam co mam zrobić. Byłam totalnie bezbronna.
- Słyszałaś? 
- Przykro mi młody, ale to chyba nasz koniec – powiedziałam pogodzona ze swoim losem.
- Vonie! – to Verne, nigdy się tak nie cieszyłam słysząc jego głos
- Tutaj! – krzyczeliśmy przez siebie. Kiedy nas zobaczył podbiegł i rozciął liny. 
- Verne, przepraszam za wszystko, co mówiłam. – coś mi przestało pasować. – Jak się tutaj dostałeś?
- Ukradłem motor.
- Moja krew. – nigdy nie uwierzyłabym, że mój brat byłby zdolny do kradzieży cukierka, a co dopiero motoru.
- Dla ciebie wszystko! – zaśmialiśmy się
- Nie chce wam psuć tej rodzinnej scenki, ale … Gdzie jest straszydło?


19:13 24 września 2009 r. 
Biegliśmy przez pole szukając świętego drzewa i jednocześnie uciekając przed Karminem. Mijaliśmy kolejne drzewa, ale Avion nie mógł go znaleźć. Zobaczyłam światła latarek
- Puśćcie nas, nikomu nie powiemy co się tutaj stało – Chłopak uparcie próbował wziąć wujostwo na litość.
- Nie możemy – rzekł jeden z mężczyzn, który był wmieszany w obrzęd – to zaszło za daleko, aby teraz odpuścić. Karmin jest zły. 
- Zaraz będzie po wszystkim, musicie oddać mu się
- Aaa! – kobieta krzyknęła, kiedy zobaczyła, jak głowa jej męża została odcięta kosą, którą operował strach. Po chwili to samo zrobił z ciotką Aviona . Oboje zostali ofiarami stracha. Wtajemniczeni miejscowi zaczęli uciekać podczas, gdy bożek nieprzejęty cała sytuacją, złapał ciała i zaczął je ciągnąć za sobą. Po chwili nie było po nim śladu. 


15:43 25 września 2009 r. 
Avion zaprowadził nas kolejnego dnia do świętego drzewa. W świetle dziennym poszło mu, to o wiele szybciej. Kiedy zobaczyliśmy stary dąb, otworzyliśmy kanistry i oblaliśmy cały pień kilkoma litrami benzyny. Płomień pochłonął drzewo w kilka chwil, jakby natura pragnęła się go pozbyć od lat. Z tego co mi wiadomo, Avion wyjechał z miasteczka gdzieś na południe. Nie można mu się dziwić, w końcu chłopak sporo tutaj przeżył. To miejsce jeszcze przez wiele lat, będzie opanowane przez mrok i strach. Nigdy wcześniej tak się nie cieszyłam, po udanej akcji. Wyjaśniliśmy sobie z Verne kilka spraw i wtedy Alcon zadzwonił z kolejnym zleceniem. Przed nami kolejna podróż niosąca nowe przygody, ale i nowe niebezpieczeństwa. Podobno gdzieś w Arcanum Falls grasują lewiatany



~Erias Karou

czwartek, 3 października 2013

Urodzeni poeci *.*

Dzisiaj na zajęciach "języka komunikacji nowych technologii" mieliśmy za zadanie napisać wiersz w dość nietypowy sposób ... Kopiować i wklejać po kilka słów z dowolnych źródeł w internecie i stworzyć z tego wiersz. Byłą jedna zasada - nie można zmieniać treści kopiowanego tekstu :D


Oto twórczość moja i Klaudii K.

...


A teraz jesteśmy na ziemi popiołem 
Chce chłonąć każdy oddech Twój
nieszczęściu los bił na oślep
 stanąć, złapać oddech i... 
Mam go wciąż za mało, choć się staram 
Gdy już zgasną światła, zniknie magia, 
Wiem już czego chcę 
Wiem już czego nie 
Jeszcze raz zabierz mnie do pierwszej łzy 
4 lata zapomnieć chcę 
Mam milczeć, nie czytać, nie patrzeć! 
Zrozumienia tajemnicy wszech stworzenia 
Bez wahania 
Spadam 
Chroni mnie wiara



Wiem, że to jest tak majestatyczne, iż nic tylko płakać i myśleć nad sensem życia ^.^

piątek, 20 września 2013

Samoakceptacja - czy coś takiego istnieje ?

Spojrzałem na siebie przed chwilą w lustrze i jedyne stwierdzenia jakie mi się nasunęło to "Dżizas jaki ze mnie pasztet" więc postanowiłem napisać co nieco o samoakceptacji
Oto lekko przerobiona definicja z wikipedii:


Samoakceptacja to określenie postawy cechującej się wiarą, zaufaniem i szacunkiem do samego siebie. Postawa taka sprawia, że jednostka może wykonywać i realizować swój potencjał, a także potrafi skorygować swoje zachowanie pod wpływem innych. Osoby, które akceptują siebie, mają pozytywne mniemanie o sobie i dobre samopoczucie.

Osobiście z samoakceptacją mam wieczne problemy chociażby przez mój wieczny okres dojrzewania przejawiający się trądzikiem i innymi podobnymi mankamentami. Wizerunek zewnętrzny jak pewnie wiecie nie jest najważniejszy, ale by ktoś chciał poznać nasze wnętrze, najpierw musimy zachęcić swoim wyglądem. Sami powiedzcie ... Kto z nas podszedłby do obrzyganego menela i z nim porozmawiał na równi ze sobą ... Myślę, że jest was niewielu. Sam przyznaje ze walory estetyczne są dla mnie ważne, aczkolwiek nie najważniejsze, bo jak wiadomo "uroda przemija".

Często wystarczy zmienić nastawienie i od razu polepsza się humor. Niestety jednak najczęściej są to rzeczy, które wymagają dłuższej pracy. Nadwaga wielu wprowadziła w stan rozpacz i nie mówię tylko o kobietach, bo mój dziadek też ma te swoje -dziesiąt kilo więcej. Choćby nie wiem jak się starał, to mimo, że waga spada i są efekty to nie są jakieś spektakularne i zapomina o swoich postanowieniach spędzając noc w kuchni.

Na początku walki o podniesienie swojej brodzikowej samooceny trzeba ustalić co tak naprawdę jest problemem. Najlepiej porozmawiać o tym z kimś bliskim i postarać się o znalezienie remedium na ten problem. Moim problemem jest moja "zakazana morda" i staram się podnieść samoocenę czymś co ją podreperuje - wybrałem taniec :) Zacząłem tańczyć jakiś czas temu ( 4 miesiące już chyba będą). Na początku były to proste układy, a aktualnie pracuje nad szczegółami układu którego link znajdziecie na końcu posta. Kiedy pokazuje to czego się nauczyłem i widzę aprobatę automatycznie czuje, że wygląd to nie wszystko, bo liczy się to co sobą reprezentujemy. Kiedy koleżanka ze świetlicy do której uczęszczam powiedziała, że nie dam rady nauczyć się wyżej wymienionego układu, postawiłem sobie za cel udowodnić jej, że wystarczy chęć i można zdziałać wiele. W przeciągu tygodnia znałem już wszystkie kroki i kiedy zatańczyłem uczucie spełnienia było swoją drogą niesamowite



Moi znajomi o samoakceptacji :
Uważam że niezły ze mnie pasztecik – pasztet zajebisty ^.^

Nie jesteś narcyzem, jeśli widzisz w sobie piękno i pozytywy. Samoakceptacja nie jest też powierzchownym przekonaniem o swojej wartości. Szacunek, który jest oparty o świadomość własnych cech - zarówno fizycznych jak i umysłowych -  powinien Cię przekonać, że wartość człowieka nie płynie z opakowania 
Myślę, że ludzie naprawdę okropni mają mniej kompleksów, niż Ci piękni, młodzi i utalentowani

- Jak cię podpisać pod cytatem? Normalnie ***** Pryka, czy wymyślasz jakiś pseudonim? 
- O nieee ! tylko nie nazwiskooo! : C






A tutaj obiecany link do tańca - TANIEC





niedziela, 11 sierpnia 2013

Nie rozumiesz, ale i tak słuchasz ?


Tajemniczy tytuł posta odnosi się do Park'a Jae'a-San'a znego pardziej jako "PSY". Zyskał popularność dzięki piosence "Gangnam Style" nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Każdemu zapadł w pamięć charakterystyczny taniec w teledysku który przypomina "jazdę na niewidzialnym koniu". 15 lipca 2012 to data opublikowania na serwisie youtube owej piosenki, a na chwilę obecną videoclip ma:



1 731 486 057 Wejść
7 764 512 Like'ów

856 706 Dislike'ów


Jeśli taki stan się utrzyma to niedługo video osiągnie 2 milardy, ale ja nie o tym ...
Kto tak naprawdę wie o czym jest ta piosenka ? 


http://www.tekstowo.pl/piosenka,psy,gangnam_style.html



Jakby kogoś zainteresował sens tej piosenki, choć nie wiem czy faktycznie jest czym się zachwycać bo mnie ona od początku doprowadzała do szału ... w świetlicy do której uczęszczam męczyli tą piosenkę tygodniami, albo i miesiącami ... nawet układu do niego się nauczyli .... eh

Kto tak naprawdę skupiał się na sensie ... chwytliwa muzyczka, tekst którego 85% słuchających nie rozumie, Koreańczyk podrygujący na "niewidzialnym koniu" i kilka scen które miały rozbawić ... jeśli tak jest przepis na hit ... to ja chce zostać głuchy x.x

Kolejny hit ... jeśli takiego słowa mogę użyć to "Gentleman" dziewiętnasty singel południowokoreańskiego muzyka PSY'a wydany 12 kwietnia 2013 roku ..


http://www.tekstowo.pl/piosenka,psy,gentleman.html

Oto kolejny link do tłumaczenia owej piosenki .... jak mówiłem .... nie wiem czym się zachwycać ... facet robi karierę na tym że .... no właśnie .. na czym ... chętnie się od Was dowiem bo ja wciąż nie rozumiem jego fenomenu ....



To tyle ode mnie ... czekam na jakieś propozycje ... hejtów nie usuwam bo lubię się śmiać ... z pozdrowieniami - niezadowolony słuchacz  :)

Zwykła rozmowa

Pamiętam jak będąc dzieckiem (czyt. okres przedszkole-początek podstawówki) wystarczyło kilka słów i już kogoś znałem, nie wahałem się mu za...