Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 września 2014

Jak kończy się igranie z magią - opowiadanie

Witam ... Oto moje nowe opowiadanie (bez dialogowe). Prawdopodobnie przerobię to na kolejną historię, ale tym razem mam chociaż opis fabuł i wiem do czego dążyć, a nie tak jak dotychczas - "co wymyślę to będzie"... 

ZAPRASZAM



Wszystko zaczęło się od śmierci znajomej mojej prababci. Prababcia poprosiła mnie o pomoc w usunięciu rzeczy z mieszkania koleżanki, bo mają na to tylko 3 dni. Zmarła kobieta była nauczycielką, więc miała regały pełne książek. Większość z nich była mało interesująca i przestarzała. Wykładając książki z półek natrafiłem na niebieską książkę o pisaną tytułem „Klucz do czarnej magii Cathbad”. Książka sama w sobie nie wydawała się być specjalnie mistyczna. Wyglądała raczej na wymyślone przez znudzonego człowieka zaklęcia, przepisy i kilka obrazków, które miały nadać głębi tej książce. Jako że coś niecoś mnie pasjonował ten temat postanowiłem sobie ją przywłaszczyć. Kiedy wróciłem do domu otworzyłem książkę i przejrzałem pierwsze strony. Większość zaklęć to przypominający łacinę bełkot. Wpisując w wyszukiwarkę Google frazy z książki, otrzymywałem jedynie informacje, że „strona internetowa jest niedostępna”. Odłożyłem ją do szafki, w której trzymałem resztę książek. Przez resztę dnia pojawiały się w mojej głowie ryciny, fragmenty inkantacji i wręcz kusiło mnie, aby ją zgłębić i przynajmniej wypróbować, co prostsze formuły. Kartkując książkę natrafiałem na poboczne zapiski, niestety już wyblakłe. Niektóre kartki były wyrwane, co rusz jakiś wiersz był przekreślony markerem z taką namiętnością, że tusz przebijał na kilka kolejnych stron. Czyżby starsza pani chciała coś zataić? Odłożyłem książkę i ponownie zacząłem szukać w intrenecie jakichś informacji, ale wyszukiwarka nie chciała współpracować. Próbowałem włączyć jakąkolwiek stronę, ale żadna nie odpowiadała. Po chwili komputer się zawiesił, a że było grubo po północy, wyłączyłem go i poszedłem spać. Rano pakując się do szkoły zgarniałem książki z szafki i postanowiłem zabrać ze sobą swój niebieski nabytek. Miałem nadzieje, że może Wiktoria będzie wiedziała, czy ta książeczka się do czegoś nadaje. Jako, że znów spóźniłem się na matmę, usiadłem w swojej ławce i podałem książkę Wice, by miała czas zapoznać się z lekturą. W połowie lekcji oddała mi mój tomik magii i powiedziała, żebym zajrzał na ostatnią stronę. Wziąłem od niej książkę i otworzyłem na ostatniej stronie. Była tam przyklejona kartka z zeszytu z jakimiś gryzmołami. Kiedy zacząłem wczytywać się w tekst zrozumiałem, że to przepis na przyzwanie jakiegoś ducha, czy bożka. Wyglądał na własnoręcznie spisany przez zmarłą koleżankę mojej prababci, albo kogoś, od kogo tę książką dostała. Wydawał mi się autentyczny, jednak nie wszystko było na tyle wyraźne by odczytać pełną formułę inkantacji. Poza słowami zaklęcia, był też rozrysowany krąg, który pozwalał na kontrolowanie przyzwanej duszy. Generalnie przepis nie był specjalnie wymagający, jednak potrzeba nam było, co najmniej sześciu osób by utworzyć krąg. Zacząłem się zastanawiać, kto nie bałby się wziąć udziału w rytuale. Z tego, co się orientowałem w magii to, aby krąg zadziałał, osoby muszą sobie nawzajem ufać i mieć więź emocjonalną. Wtedy zrozumiałem, że najbanalniej będzie zapytać po prostu naszą grupkę klasową. Było nas siedmioro, więc nawet jakby jedna osoba się wyłamała, to i tak starczy. Jako, że zadzwonił dzwonek powiedziałem Wice, żeby poczekała przez klasą. O dziwo nie stawiała sprzeciwu i nie pytała po co. Kiedy udało mi się wyjść z klasy i nie zostać stratowanym przez ponad trzydzieści par stóp, postanowiliśmy jednogłośnie, że najwygodniej będzie porozmawiać koło małej sali gimnastycznej, gdzie jest cicho i prawie nikogo nie ma. Ustaliliśmy, że ona pogada z Paulą, Karolą, i Paulinką, a ja się zajmę Kryśką i Wandą. Uznałem, że kwestię rekwizytów zostawimy na czas, kiedy uda się przekonać dziewczyny do udziału. „Narada” zajęła nam prawie całą przerwę, ale że po matmie mieliśmy etykę, nie spieszyło nam się nigdzie, bo babka nie wpisywała spóźnień. Kiedy weszliśmy do sali okazało się, że Okszusowa wybrała temat w dziesiątkę „Pogańskie legendy i zwyczaje”. W czasie lekcji dowiedziałem się, że do wielu obrzędów potrzebna była ofiara ze zwierzęcia, czasami wystarczyło symboliczne przelanie krwi poprzez nakłucie opuszka palca. Generalnie im większy obrzęd tym większa danina. Nasz rytuał miał przywołać niewielką duszę, więc generalnie ofiara z gołębia powinna wystarczyć. Dlaczego akurat gołąb? Wiktoria jakiś czas temu zrobiła zdjęcie własnoręcznie zdekonstruowanego gołębia. Uznałem, że skoro wtedy jej się udało, to teraz nie powinna mieć najmniejszego problemu. Kiedy profesor Okszus zakończyła lekcję nadszedł czas, aby przedstawić plan reszcie domniemanego kręgu. Złapałem Wandę i Krysie jak wychodziły z sali od religii, stanęliśmy koło parapetu i zacząłem tłumaczyć, co sobie wymyśliłem z Wiktorią i jakby to miało wyglądać. Krysia nie miała problemu (na marginesie Krysia ma tak naprawdę na imię Klaudia), ale Wanda twierdziła, że nie powinniśmy się w to bawić. Twierdziła, że nawet, jeśli nic z tego nie wyjdzie, to sama intencja jest zła. Stwierdziłem, że sam jej nie przekonam, a nie wiedziałem jak poszło Wice, więc wolałem na razie się nie spinać. Poprosiłem Wandę, żeby poczekała na mnie i Wikę przy bufecie na długiej przerwie, bo wtedy jej to wszystko dokładnie i szczegółowo wytłumaczymy. Spotkałem Wiktorię idąc pod klasę, a ona z uradowaną mordką powiedziała, że jeśli udało mi się przekonać Klaudię i Wandę to mamy krąg, bo Paulinka się wyłamała. Okazało się, że babcia jej naopowiadała, o tym jak ktoś z jej rodziny został opętany podczas seansu spirytystycznego. Podobno jej rodzina jest podatna na wpływ zaświatów. Przypomniało mi się, jak mówiła, że jej babcia jest wiedźmą oraz akcja z wróżeniem z kart na przerwie. Trochę szkoda nam było, bo mieć medium w kręgu, to przywołanie jakiegoś ducha byłoby gwarantowane. Powiedziałem Wice, że Wanda się nie zgodziła, ale obiecała, że jeśli opowiemy jej o wszystkim na długiej przerwie, to przemyśli całą sprawę. Oboje uznaliśmy, że nie pozostaje nic innego, jak podczas ekonomii ustalić plan działania, by przekonać Wandę do całej akcji. Generalnie nie ma sensu, abym opisywał teraz całą sytuację, bo zajęło nam to dłużej, niż się spodziewałem. Dopiero po lekcjach, kiedy poszliśmy do parku przy szkole, udało nam się razem z resztą przekonać Wandę, do wzięcia udziału w naszym „przedsięwzięciu”. Siedząc na trawie zaczęliśmy przygotowania do rytuału. Paula sprawdziła w necie, kiedy najlepiej rzucić urok. Wika i Karola zajęły się organizacją rekwizytów. Krysia i Wanda wzięły na siebie rozszyfrowanie słów inkantacji, a ja wziąłem książkę i zacząłem czytać kartka po kartce, szukając przydatnych informacji. Wiele informacji powielało się z tym, czego dowiedziałem się z innych źródeł. Trochę doświadczenia zdobyłem również podczas rytuałów, które wykonywałem podczas pełni. Kiedy czytałem kolejne formuły z książki, poczułem energie, która jakby znikąd pojawiła się wokół. Przypomniały mi się wtedy słowa naszej polonistki cytującej jakiegoś filozofa „tylko poprzez zgłębianie wiedzy zobaczycie to, czego nie dostrzegaliście przedtem”. Wanda i Klaudia oznajmiły, że to nie jest przepis na przyzwanie demona, przynajmniej nie do końca. Wszyscy z zaciekawieniem patrzyli i czekali na ciąg dalszy. Według tego, co mówiły, mogliśmy użyć tego zaklęcia do rzucenia klątwy na kogoś. Jedyne, czego potrzebowaliśmy, to kilka kropli krwi od każdego uczestnika kręgu i kilka ziół. Postanowiłem, że skoro to moja książka, to pierwszy chcę wybrać, na kogo rzucimy urok. Uznałem, że zaczniemy od mojej babki od niemieckiego. Nikt się nie sprzeciwiał, więc zapytałem czy wszystko jest gotowe. Paula dowiedziała się, że najlepiej będzie wykonać obrzęd za dwa dni. Wika i Karola powiedziały, że do jutra powinny już mieć wszystko, a Krysia i Wanda twierdziły, że odczytały wszystko, co istotne. Jako, że wszystko było już dopracowane, nie pozostało nic innego, jak czekać. Następnego dnia po lekcjach Karola przyniosła świece, zioła i inne takie. Wanda zaproponowała, że możemy zostawić wszystko w strzelnicy, bo nie oddała naszemu historykowi (który prowadził kółko strzelnicze) kluczy od sali. Jako, że nikt nie miał lepszego pomysłu zanieśliśmy torbę z rzeczami na strzelnicę i rozeszliśmy się do domów. Obudziłem się oczywiście po ósmej i jak zwykle byłem spóźniony. Sprawdzając telefon zobaczyłem kilka krótkich i treściwych smsów od Wiktorii. Generalnie pytała gdzie jestem i dodawała jakiś „uroczy” epitet. Pół godziny później byłem już w szkole gdzie reszta na mnie czekała. Tego dnia w naszej szkole odbywał Dzień Wiosny, więc nikogo nie obchodziło, dlaczego sześć osób szwendało się po szkole.  Powinniśmy przebywać na sali gimnastycznej i patrzeć jak inne klasy udają, że umieją grać w siatkówkę. Udaliśmy się na poddasze gdzie mieliśmy odprawić rytuał. Wanda wyrysowała kręgi według schematu z kartki. Paula i Karola zaczęły rozpalać białe świece, Krysia przygotowała mieszankę ziół. Ja i Wiktoria jeszcze raz wszystko dokładnie omówiliśmy, żeby nie przerywać w trakcie. Kiedy wszystko było gotowe rozpoczęliśmy obrzęd. Wiktoria stanęła w środku, a my usiedliśmy na obrzeżach kręgu. Kiedy wszyscy byli już w gotowi Wiktoria podała każdemu z nas po świecy, które tworzyły krąg żywiołów. Po kolei każdy z nas upuszczał kilka kropel krwi do kielicha z ziołami. Później wszystko zaczęło dziać się samo. Szczerze mówiąc, nie pamiętam nawet czy to ja inkantowałem, czy Wiktoria. Wiem natomiast, że to ona poderżnęła głowę gołębia, przez co Krysia miała liczne dreszcze.  Wszystko szło jak po maśle, ale jak przystało na dobrą historię – nadszedł czas na komplikacje. Kiedy zaczęliśmy powtarzać mantrę, jedna ze świec zgasła przerywając krąg. Wtedy nikt tego nie zauważył, bo zamknęliśmy oczy by się skupić. Kiedy dokończyliśmy rytuał, Paula zauważyła, że moja świeca zgasła. Spojrzeliśmy po sobie i chyba wszyscy poczuli się nieswojo. Ale wtedy Klaudia (jak to ona) parsknęła śmiechem i atmosfera zelżała. Paula, Krysia i Karola zajęły się sprzątaniem. Wanda zgasiła i zebrała resztę świec, a ja i Wika gadaliśmy o incydencie podczas obrzędu. Generalnie nie byłem do końca pewien, czy w ogóle to zadziała, więc nie przejąłem się tym. Kiedy wszystko doprowadziliśmy do stanu pierwotnego, poszliśmy na salę gimnastyczną, żeby wychowawczyni się nie czepiała. Większość czasu śmialiśmy się z nauczycieli, którzy grali z uczniami w siatkówkę i szczerze mówiąc nie wiem nawet, kto wygrywał. Paula patrząc na „zawodników” dostrzegła, że moja babka od niemieckiego też tam jest. Spojrzeliśmy po sobie i chyba każde z nas czekało na działanie zaklęcia. Gra powoli się kończyła, a klątwy jak nie było tak nie było. Karola zapytała, czy idziemy do parku, bo chce jej się palić. Nie trzymało nas tam nic. Kiedy wychodziliśmy z sali, Krysia zawiedziona brakiem efektów powiedziała, że nauczycielka niemieckiego mogłaby, chociaż nogę złamać - usłyszeliśmy głośny krzyk. Podszedłem bliżej, żeby zobaczyć, co się stało. Nie sądziłem, że to może być prawda, ale ofiara naszej klątwy leżała na ziemi, a z jej łydki wystawał kawałek kości. Zawołałem resztę. Wszyscy byliśmy zaskoczeni tym, że to się udało, a co poniektórzy z nas chyba czuli lekki strach. Kiedy dotarło do mnie, że to wszystko stało się dzięki nam, poczułem siłę i potęgę, jaka płynęła z takiej sposobności. Siedząc w parku rozmawialiśmy jeszcze chwilę o całej sytuacji, ale na tym nie poprzestało. Paula powiedziała, że skoro udało się z jedną osobą to, czemu nie spróbować z kilkoma naraz. Każdy z nas miał kogoś, na kim chciałby się zemścić, a materiały do rytuału trochę kosztowały. Karolina stwierdziła, że wystarczy złożyć odpowiednio większą ofiarę podczas obrzędu i powinno starczyć na tyle osób. Każdy z nas miał na początek wybrać jedną osobę, na którą miałby rzucić klątwę. Postanowiliśmy nie zdradzać sobie nawzajem, kogo planujemy przekląć. Jedynym problemem była wielkość ofiary, jaka miała starczyć na sześć osób. Wiktoria po chwili namysłu powiedziała, że się tym zajmie. Nikt nie wnikał jak zamierza to rozwiązać, bo wszyscy byliśmy przejęci faktem, że magia działa. Następy obrzęd odbył się tydzień później. Pierwsze dni po rzuceniu uroku były dziwne. Wiktoria mówiła, że w nocy ma wrażenie, że ktoś na nią patrzy. Krysia i Karola wspomniały, że w pierwszą noc po rzuceniu klątwy miały sen, w którym leżały w trumnie. Każde z nas czuło się nieswojo, ale mimo wszystko, każde z nas zjawiło się w szkole. Z tą różnicą, że dołączyła do nas Olka. Wiktoria zaproponowała, że mogłyby przeprowadzić obrzęd we dwie. Nie mieliśmy większych sporów o to, więc rozpoczęliśmy obrzęd jak poprzednio - świece, krąg i tak dalej. W całym tym zamieszaniu zapomniałem zapytać Wikę, czy rozwiązała problem zapłaty. Postanowiłem jednak nie przerywać obrzędu. Kiedy nadszedł czas złożenia ofiary, Wiktoria podeszła do Oli i powiedziała, że skoro jest tutaj pierwszy raz to jej pomoże. Rozejrzałem się za jakąś klatką gdzie mogłaby przetransportować jakieś zwierzę. Nic nie widziałem. Następne chwile były naprawdę chaotyczne. Zobaczyłem w dłoni Wiktorii nóż kuchenny, który służył nam za Athame. Ola stała do niej plecami. Nie jestem w stanie oddać emocji, które towarzyszyły mi w tamtej chwili. Wszystko wydawało mi się takie … Odrealnione. Wiktoria złapała Olkę za włosy i jednym pociągnięciem podcięła jej gardło. Krew była dosłownie wszędzie. Rozległ się krzyk, wrzask i charkoczące odgłosy dobywające się z rozciętej krtani. Dziewczyny przerwały krąg rozwalając świece po cały pomieszczeniu. Jedna ze świec potoczyła się tuż koło ciała Oli. Swąd palonych włosów rozszedł się po pomieszczeniu błyskawicznie, a strop zajął się ogniem. Wszyscy ruszyliśmy do drzwi, ale był mały problem – nie mogliśmy opuścić pomieszczenia.
Wiktoria stała w kałuży krwi i była jakby przytwierdzona do podłogi. Karola była uwięziona pod płonącymi deskami, które spadły z sufitu. Paula upadła i zaczęła się dusić. Pod Wandą zapadła się podłoga. Krysia leżała na podłodze a z jej ust wypływała woda. Wszyscy poza mną byli uwięzieni, a kiedy próbowałem podejść do kogoś, czułem jakąś dziwną barierę. Wszystko było nie tak! To miała być tylko zabawa. Chciałem stamtąd uciec, ale drzwi zatrzasnęły się przede mną, a część stropu całkowicie je zablokowała. Wtedy spostrzegłem, że dziewczyny są uwięzione na obrzeżach kręgu. Każda z nich była więziona przez żywioł, który reprezentowała. Jako jedyny byłem wolny, ponieważ według schematu kręgu zostałem czymś w rodzaju kotwicy. Miałem utrzymywać nas w świecie rzeczywistym. To wszystko działo się, ponieważ przerwaliśmy krąg. Ustawiłem, świece z powrotem na miejsca, zebrałem resztkę mieszanki ziół do miski i rozpaliłem. Całe pomieszczenie płonęło. Słyszałem krzyk i łomotanie w drzwi, które dochodziły zza ścian. Zacząłem się dusić – dym był wszędzie. Złapałem książkę z zaklęciami, która była już na wpół strawiona przez ogień. Próbowałem przyzwać niejaką Odyne – potężnego ducha wody – za pomocą inkantacji zamieszczonej w spisie demonów. Powtarzałem kółko zaklęcie z coraz mniejszą nadzieją, że uda mi się cokolwiek zdziałać … 


***

Gdy się obudziłem, poczułem się zmieszany jak nigdy wcześniej. Zacząłem się rozglądać gdzie jestem. Zobaczyłem klęczącą nade mną Wandę, która chyba sprawdzała mi puls, choć wolałem nie pytać dla świętego spokoju. Z tego, co mi powiedziały tuż po zagaśnięciu świecy zemdlałem, a reszta świec zgasła zaraz po mojej. Opowiedziałem im co widziałem, podczas gdy byłem nieprzytomny. Kiedy skończyłem, widziałem w ich oczach zarazem rozbawienie, ale i niepokój. Jednogłośnie uznaliśmy, że przynajmniej na razie nie będziemy się bawić magią. Wanda pokazała mi skrytkę pod poluzowaną deską, gdzie ukryliśmy książkę, aby nikt inny jej nie użył. Kiedy przekroczyłem próg strzelnicy usłyszałem głos w głowie „Czy to, że coś wydawało się ułudą, musi być od razu kłamstwem?”



Od tamtego dnia nic nie wydawało mi się już takie samo.

sobota, 29 marca 2014

Krew ubój i inne przyjemności

Posty z opowieści o Carmen są trochę nie chronologicznie, bo w ten sposób są pisane ... kiedy jest pomysł albo wena lecę z danym wątkiem i ... takie są tego efekty ... 

Spięłam włosy w luźny kucyk i udałam się do kuchnio-jadalnio-pralni w kawalerce, którą Nomad nazywał swoim sanktuarium. Znałam go właściwie od zawsze. Pamiętam jak pewnego razu, kiedy Halle uznał, że świetnym dowcipem będzie wylanie na moją głowę deseru czekoladowego. Nomad pomógł mi wtedy, mimo, iż nigdy wcześniej nie zamieniliśmy chociażby słowa. Od tego czasu byliśmy właściwie nierozłączni. Spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę. Był jedyną osobą, której byłam w stanie bezgranicznie zaufać. Oboje byliśmy marzycielami. Godzinami mogliśmy rozmawiać o tym jak będzie wyglądało nasze życie, kiedy uwolnimy się z tego miasteczka. Arcanum Falls, było niewielką i bardzo zaściankową mieściną. Jeśli nie byłeś jak wszyscy, traktowali Cię jak wyrzutka, którego trzeba zrównać z ziemią. Nomad i ja właśnie tacy byliśmy i dlatego nasza koegzystencja była taka wspaniała. Mieliśmy chwile, w których nasze zdania się różniły. Świadomość, że nikogo poza sobą nie mamy sprawiała, że nic nie było w stanie nas na długo poróżnić.
Usłyszałam odgłos kropli spadających na kafelkową posadzkę. Na chwilę całkowicie przestałam myśleć i skupiłam się wyłącznie na tajemniczym dźwięku. Udałam się do łazienki, lekko odchylając drzwi. To, co zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Ściany były pokryte rysunkami i symbolami namalowanymi krwistą mazią. Zwłoki przytwierdzone do ściany gwoźdźmi bezwładnie zwisały ze ściany. Ciało wyglądało jak rozszarpane przez zwierzę. Długie pozlepiane potem i krwią czarne włosy przykrywały twarz. Odchyliłam kosmki włosów bojąc się widoku, który miałam przed oczyma. To był Nomad.

wtorek, 25 lutego 2014

Ośmiorniczki atakują

Ciąg dalszy Carmen


Wracając do domu w głowie wciąż słyszałam echo słów Moriego. Szłam chodnikiem uważając na to, żeby nie stanąć na pęknięciu, a wspomnienia czasów, gdy wszystko było takie proste same napływały mi do mojego umysłu. Wtedy wszystko było łatwe. Nie trzeba było mieć drogich, markowych ubrań. Najnowszego smartfona. Można było być po prostu sobą – nikogo nie udawać. Nuciłam pod nosem piosenkę, którą mama śpiewała mi, zanim jeszcze straciła pracę i zaczęła pić. Usłyszałam sapnięcie. Odwróciłam się lekko, udając, że patrzę jedynie na drugą stronę ulicy. Kątem oka spojrzałam za siebie i zobaczyłam rosłego mężczyznę. Miał kaptur na głowie, a jego oddech słyszałam coraz wyraźniej. Przyśpieszyłam kroku, lecz wydawało mi się, że i on zaczął iść szybciej. Czułam, że powinnam zacząć biec, ale wtedy zapewne zacząłby gonić za mną. Z pewnością by mnie dogonił. Otrząsnęłam się. Pewnie to zwykły mężczyzna, który po prostu idzie w tę stronę, co ja. Wyciągnęłam z torby słuchawki i wtedy poczułam dłoń na ramieniu. Ostre szarpnięcie targnęło mną wprost do ślepej uliczki. Mężczyzna przydusił mnie przedramieniem do ściany. Patrzył na mnie swoimi czarnymi oczyma. Widziałam w nich wszystko, co się za chwile stanie. Czułam dłonie, które oblepiały moje ciało. Dyszał na mnie, klnąc niemiłosiernie. W moim umyśle krzątały się rozmaite myśli. Chciałam krzyczeć, lecz jego ręka miażdżyła mi krtań. Szamotałam się, chcąc wyrwać swoje ciało z jego objęć - był ode mnie silniejszy. Modliłam się, aby ktoś mi pomógł, jednak nikogo nie było. Ulica była pusta, a światła w budynkach zgaszone. Miasto umarło, a ja wraz z nim.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Natchniony Laną Del Rey

Carmen

1
Utopia


Kiedy weszłam do środka, poczułam dreszcze i endorfiny rozpływające się po moim ciele. Oświetlenie i muzyka tworzyły klimat wieczności. Sprawiało to poczucie bezpieczeństwa i błogości. Kiedy przekroczyłam próg klubu, przestałam myśleć o tym, co przez cały dzień zaprzątało mi głowę. Byłą sekretarką matki - Nema, która puściła się z moim ojcem. Halle i Lujah, którzy, jak co dzień śmiali się mnie. Mimo to bezwstydnie chodzili do kościoła. Kat-Harsis, która rozpuściła plotkę w całej szkole, że się sprzedaje, bo matka wyrzuciła mnie z domu. Wszystko poszło w niepamięć. Pozwoliłam prowadzić się muzyce. Czułam jak całe zło dzisiejszego dnia odpływa wraz z kolejnymi ruchami mego ciała. Mogłabym spędzić resztę życia tańcząc bez pamięci. Światła opływały moje ciało, a ciemność ukrywała to, co miało już nigdy nie wrócić – cierpienie. Otwierając oczy widziałam jedynie tłum ludzi, którzy zdawali się również pragnąć jedynie chwil zapomnienia.
- Nie widziałem Cię wcześniej w Utopii. Jesteś tu nowa? - Zagadnął mnie brunet ubrany czarną koszulkę z nadrukiem, starając się przekrzyczeć muzykę. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak diler.
- A czy to ma jakieś znaczenie? – Powiedziałam, chcąc go spławić i móc oddać się z powrotem rozkoszy zapomnienia.
- Jestem Mori, a Tobie jak na imię?
Chłopak nie wyglądał, jakby zamierzał odpuścić, więc odeszłam w stronę baru, aby trochę odsapnąć.
- Barman! - Starałam się przekrzyczeć muzykę – Coś mocnego!
- Nie jesteś trochę za młoda? – Uśmiechnął się i sięgnął po jedną z butelek nalewając mi coś do szklanki.
- Nie wiesz może, co to za facet? – Mówiąc to, wskazałam na bruneta, który właśnie zbliżał się ku mojej skromnej osobie.
- Jeśli lubisz kłopoty, powinnaś się z nim dogadać – Napomknął barman i odszedł ku kolejnej, spragnionej procentów duszy.
Sięgnęłam po napój i wypiłam łyka. Nie wiem, co to było, ale porządnie wykrzywiało mordę. Odstawiłam szklankę i patrzyłam jak … Neri czy jak mu tam, próbuje się przebić przez tłum w stronę baru. Chłopak widocznie upodobał sobie mnie, jako dzisiejszy łup.
- O nie, nawet o tym nie myśl - pomyślałam – spokojnie, pewnie za chwile sam się przekona, że nie jestem warta uwagi.
- No wiec jak? – Zapytał Mori, kiedy znalazł się wystarczająco blisko mnie - Zdradzisz mi swoje imię?
- Carmen – Krzyknęłam, żeby mieć go z głowy i nie musieć powtarzać dwa razy.
- A więc, Carmen, udamy się w nieco cichsze miejsce?
Kiedy patrzyłam w jego, brązowo-zielone oczy czułam się jak niepoprawna romantyczka z książek pokroju zmierzchu, które czytają nastolatki. Przyznaję, że też czytałam ten chłam z czystej ciekawości i totalnie nie potrafię pojąć, co ci dwaj widzieli w tej biednej sierotce. Miałam kilka takich chwil, kiedy chciałam być na jej miejscu. Czuć, że ktoś mnie potrzebuje, a nawet pragnie.
- Prowadź - powiedziałam.
Mori złapał mnie za przegub i zaczął przecinać tłum ludzi na wskroś, aż znaleźliśmy się w loży ukrytej, za kotarą. Wskazał mi, aby usiadła, więc i tak zrobiłam.
- Po co? –Zapytałam przerywając ciszę.
- To znaczy? – Powiedział zdezorientowany.
- Dlaczego mnie tu zabrałeś?
- Obserwowałem Cię, jak tańczysz i pewnie nie uwierzysz, ale wyglądałaś, jakbyś chciała tańcem sprawić, aby wszystko przestało istnieć. Tak wiem, to brzmi idiotycznie, ale tak właśnie było.
- Słodkie – uśmiechnął się – Mogę już sobie iść? – Uśmiech zszedł z jego twarzy równie szybko jak się pojawił, więc wstałam i … usiadłam, ponieważ złapał mnie za rękę i straciłam równowagę.
- Czemu jesteś taka oschła podczas gdy mam coś, co może odmieć twoje życie?
Spojrzałam ponownie prosto w jego oczy. Teraz wydawały się być granatowe, jak burzowa chmura. Nigdy nie przypuszczałam, że którykolwiek chłopak będzie potrafił przykuć moją uwagę.
- Widzę, że Cię zaintrygowałem – uśmiechnął się
- Co masz na myśli? Narkotyki? Dopalacze?
Kompletnie nie rozumiałam jego pobudek, wobec mnie. Czułam jednak, że nie pozostaje mi nic innego, jak wysłuchać tego, co ma mi do zaoferowania.
- Narkotyki, to jedynie ułuda. Ja mogę dać ci rzeczywistość, o jakiej tylko mogłaś marzyć.
- Jesteś jakimś zboczeńcem. Świrem! – poczułam, że czas opuścić to miejsce i wrócić do domu.
- Carmen, uspokój się. Wysłuchaj, a później podejmiesz decyzję – powiedział nieco poważniejszym tonem.
Teraz, kiedy na niego patrzyłam, wydawał się być starszy niż wcześniej to oceniłam. Może to przez oświetlenie albo barman dodał mi coś do drinka.
- Masz trzy minuty na wyjaśnienie mi, o co Ci chodzi – Powiedziałam stanowczo.
- Wyobraź sobie, że cały świat jest w Twoich dłoniach. Możesz uczynić z nim, co zechcesz. Pomyśl, że możesz zmienić wszystko i wszystkich według własnego widzimisię.
 Mówiąc te słowa Mori wpatrywał się we mnie i przeszywał wzrokiem, jakby chciał wzbudzić we mnie zaufanie. Nie wiem, co mnie skłoniło, aby zgodzić się go w ogóle wysłuchać.
- Minuta pięćdziesiąt cztery – Powiedziałam patrząc na wyimaginowany zegarek na mym zegarku.
- Do rzeczy – powiedział Mori – Gdybyś mogła coś zmienić, co by to było?
Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to fakt, że żyję. Później pomyślałam o wszystkich problemach. Nie tylko dzisiejszych, ale też o tych, które trapiły mnie od dawna. Byłam szarym „nerdem”, który myśli wyłączenie o tym, czy w ogóle warto pokazać się na balu maturalnym.
- Często rozmyślałam o tym, dlaczego Bóg poskąpił mi gustu, charyzmy czy nawet poczucia humoru. Nie mam przyjaciół, czy nawet znajomych. Może poza Nomadem. Cała reszta mnie ignoruje i udaje, że nie istnieje. Nie mam nic.
Wszystko wypływało ze mnie jak z pękniętej tamy, którą był mój umysł. Kryłam to wszystko w sobie, a teraz coś we mnie pękło i po prostu musiałam to powiedzieć na głos.
- A więc czego pragniesz? – Zapytał Mori
- Chciałabym posiadać coś, co sprawiłoby, że stałabym się wyróżniona. Chcę by wszyscy wiedzieli, kim jestem i zapamiętali na długo – Sama dokładnie nie wiedziałam, o co konkretnie mi chodziło.
- Co byłabyś w stanie poświęcić, w zamian za ten dar? – Brunet sprawił, że poczułam ciarki na mym ciele.
- Począwszy od mojej duszy? Wszystko! – Wykrzyknęłam głośno, po czym zdawało mi się, iż muzyka w klubie na chwilę przycichła, aby wszyscy mogli mnie usłyszeć.
- Dlaczego? – Zapytał Mori.
-Czy kiedykolwiek zauważyłeś, jakie łatwe jest życie innych ludzi? Kupują modne ubrania. Mają samych wpływowych znajomych. Są zapraszani na najlepsze imprezy i wydaje się jakby zawsze otrzymywali to, czego chcą. A Ty jesteś zawsze gdzieś z boku.
Cały żal, jaki miałam do świata wylewał się ze mnie. Mori patrzył na mnie z uwagą i dozą intrygującej tajemnicy, która kryła się w jego spojrzeniu. Patrzyłam na niego, a on jakby przeszywał mnie całą. Wydało się, jakby mógł usłyszeć moje myśli.
- Nikomu nie zrobiłoby różnicy gdybyś w ogóle nie istniała –pomyślałam ze smutkiem.
Mori wstał, uśmiechnął się i powiedział.
- Jest w Twoim życiu ktoś, komu na Tobie zależy. Kiedy go stracisz…


Rozległ się dźwięk telefonu…


CDN.

środa, 27 listopada 2013

Nie ufaj miłym ludziom - opowiadanie


Dynia


18:55 23 września 2008
- Bardzo dziękujemy - uścisnęła dłoń pani Carmody.
- Przyjemność po naszej stronie. Weźcie jeszcze trochę ciasta dyniowego na drogę - kobieta serdecaznie się uśmiechnęła i wręczyła pakunek Karou
- Wyjaśnię wam, jak dojechać do Sugarville. Kiedy wyjedziecie z miasteczka i miniecie pole dyniowe powinniście skręcić w prawo na rozdrożu. Później wystarczy patrzeć na znaki. - powiedział pan Carmody – gospodarz domu.
- Jeszcze raz dziękujemy. – dodał Erias, wsiadając do samochodu.


19:38 23 września 2008 
- No chyba żartujesz? – powiedział, kiedy tuż przy polu usłyszał gasnący silnik.
- Co się stało? – zapytała niemrawo Karou, która jeszcze chwilę temu spała.
Chłopak wysiadł z samochodu. Kiedy podniósł maskę od razu rozpoznał (oczywistą) przyczynę.
-Silnik zdechł.
-W takim tempie nigdy nie dojedziemy na miejsce. – Euforia Karou, która ją przepełniała w związku z pokazem mody Dolores Blackburn uleciała równie szybko, jak nadzieja, że tej nocy opuści to przerażające miasteczko.  Dolores była projektantką mody, która zasłynęła  z projektów kreacji dla Lady Gagi. Mimo, że nie pracuje już z gwiazdą, wciąż cieszy się popularnością i uznaniem w świecie mody.
- Obiecuje, że dojedziemy na czas. – powiedział Erias sam  nie wierząc w to co mówił - Spójrz - chłopak wskazał palcem na palące się światło widoczne pomiędzy drzewami - tam jest jakiś dom.
- Ja tam nie idę, nawet na to nie licz.
- Dobrze, ja pójdę, a ty tu zostań. – mówiąc to, dobrze wiedział, że ona nigdy nie zostałaby sama w szczerym polu. Kiedy ruszył w stronę domu usłyszał szelest liści – to Karou.
Idąc pomiędzy, ogołoconymi z liści, drzewami zobaczył niewyraźną postać. Był to strach na wróble.
-Koszmarek – szepnęła Karou mijając czupiradło. Nie była pewna, ale wydawało jej się, że straszydło łypało na nią spod czupryny słomianych włosów. – Pośpieszmy się, dobrze? – powiedziała wyraźnie poddenerwowana.
Oboje przyspieszyli tępa, jakby czuli zbliżające się ku nim niebezpieczeństwo. Z każdym krokiem zaczynali przyspieszać, aż zaczęli biec w stronę pobliskiej chaty. Karou zbliżała się do domostwa, lecz spostrzegła, że Eriasa nie ma nigdzie w pobliżu. Rozglądała się niespokojnie 
- Erias! – krzyknęła, nawołując narzeczonego – To nie jest zabawne! – usłyszała szelest i dyszenie. – Erias? – Teraz nie była pewna czy to dowcip jej przygłupiego amanta, czy ktoś czaił się za drzewami obserwując każdy jej ruch. Emocje wzięły górę – zaczęła biec, coraz bardziej oddalając się od chaty. Biegła ile sił, lecz nogi miała jak z waty – upadła. Obejrzała się za siebie. To co zobaczyła przerosło jej wszelkie obawy. Erias leżał na ziemi – przynajmniej to co z niego zostało. Jego ciało było oskórowane. Wnętrzności zostały usunięte z ciała, a głowa została wyrwana z tułowia. Karou była przerażona i nie potrafiła wydusić z siebie nic, poza głuchym krzykiem rozpaczy. Nie trwał on jednak długo, gdyż to co zobaczyła, gdy podniosła wzrok, było dla niej, jak koszmar, z którego nie potrafiła się obudzić.


16:38 21 września 2009 r. 
Dzisiejszy dzień zapowiadał się zwyczajnie tragicznie.
Pokłóciłam się z Verne. Ostatnio często nam się to zdarza Prawdopodobnie zmierzał właśnie w kierunku Sugarville. On wiecznie był poukładany i kompletnie nieasertywny, w przeciwieństwie do mnie. Ja ciągle robiłam idiotyczne i niebezpieczne rzeczy, dla czystej adrenaliny. Przyznaję, że nieraz przejechałam się na takim stylu bycia. Przynajmniej będzie co opowiadać wnukom na dobranoc. Dzisiaj, zaraz po przebudzeniu usłyszałam, jak Verne rozmawia przez telefon z ojcem. Kiedy tylko miał z nim kontakt zaczynał zachowywać się jak zahipnotyzowany. Nie przeszkadzało mi to w dzieciństwie. Teraz kiedy swoje przeżyłam i mam świadomość tego, jaki ojciec ma na niego wpływ, jest mi go po porostu żal. Tłumaczyłam mu wiele razy, że powinien się opamiętać. Mimo iż jestem młodsza od swojego brata, to o wiele wcześniej zaczęłam myśleć samodzielnie i brać odpowiedzialność za to, co robię. Ojciec dzwonił w sprawie kolejnego zniknięcia. Para młodych narzeczonych zniknęła bez śladu.
Podobno zaginięcia miało miejsce rok temu 23 września w miasteczku Nova.

Coś mnie tknęło.
Sięgnęłam do notesu i sprawdziłam czy data ma jakieś konkretne odniesie do czegokolwiek, co pomogłoby ustalić przyczynę. 
Znalazłam!
„Święto Mabon, które jest powszechnie znane jako dożynki. W tym czasie dziękuje się za wszystko, co przyniosły minione miesiące.”
Kartkując dziennik szukałam informacji o bożkach lub rytuałach, które potrzebują ofiary z dwojga przedstawicieli naszego gatunku. Szkoda, że Verne mnie opuścił - jego mózg byłby, jak znalazł.
 Nie ma czasu. Zadzwonię do wuja Alcona w drodze – powiedziałam sama do siebie


07:49 22 września 2009 r. 
To miasteczko przyprawia o dreszcze. Kiedy meldowałam się w motelu, miałam wrażenie jakby recepcjonistka próbowała zabić mnie wzrokiem. Aktualnie leżę na łóżku, w pokoju który wygląda jakby niejedno widział. Zadzwoniłam do Alcona, lecz niczego nowego się nie dowiedziałam. Potwierdził jedynie moje domysły. Nie cierpię czekać na
informację - zwłaszcza kiedy działam w pojedynkę, bo jaśnie księżna Verne się obraził i postanowił sobie wyjechać. AGHR!!!

Nova (miasteczko skrywające mroczną tajemnicę)
+
Vonie (wiecznie szukająca problemów)
-
Verne  (ci
ągle szukający własnej drogi)
=
MEGA KŁOPOTY

13:14 22 września 2009 r. 
-  Przepraszam, kojarzy pan może tę dwójkę? – mówiąc to pokazałam mu fotografię dwójki zaginionych, których znalazłam w raporcie policyjnym – Podobno widziano ich tutaj. – Mężczyzna wyciągnął dłoń po zdjęcia, lecz jedynie rzucił na nie okiem
- Przykro mi, niestety nie pamiętam żadnego z nich. Rzadko ktoś obcy się tutaj pojawia. – Mówił to tak, jakby traktował przejezdnych jak zarazę.
- Objechałam już sąsiednie miasteczka, lecz tam też nikt o nich nie słyszał. Jakby zapadli się pod ziemię – Wyraz jego twarzy był bardzo wymowny. On ich rozpoznał, ale nie wiedzieć czemu nie chciał nic powiedzieć – Dziękuje i przepraszam – czułam jego wzrok na sobie, gdy wsiadałam z powrotem do auta.


13:47 22 września 2009 r. 
Zajechałam do pobliskiej stacji benzynowej, aby zatankować i kupić coś do jedzenia. Dawno już nie jadłam nic poza batonikami i rybą z puszki.
- Poproszę kilka konserw i trzy galony benzyny
- Rzadko widzi się tutaj zamiejscowych. Dokąd to się pani wybiera ? 
- Kobieta, która mnie obsługiwała wydawała się być miła, więc postanowiłam spróbować zagadnąć ją o zaginionych nowożeńców.
- Próbuję dowiedzieć się co się stało z moimi przyjaciółmi. Zaginęli rok temu i podobno zatrzymali się tutaj, ale nikt o nich nie słyszał, jak na razie. – sięgnęłam do torby i pokazałam jej zdjęcia – Może Pani ich rozpoznaje? – kobieta ubrała okulary i zmrużyła oczy, lecz nie rozpoznała ich. Wtedy do sklepu wszedł mężczyzna ubrany we flanelową koszulę i czapkę z daszkiem. 
- Kochanie widziałeś tutaj tych dwoje? 
- Możliwe, że zatrzymali się tutaj, aby zatankować? – zagadnęłam starca, jednak oboje zaprzeczyli. Usłyszałam dzwoneczek w drzwiach i zerknęłam przez ramię z ciekawości. Był to młody chłopak o kruczoczarnych włosach. 
- Wuju, gdzie to postawić ten karton?
- Postaw koło okna – odpowiedziała kobieta. Chłopak zerknął na zdjęcia, które znów trzymałam w rękach.
- Coś się stało?
- Szukam dwójki przyjaciół, którzy zaginęli jakiś czas temu.
- Kojarzę ich – Nareszcie! – pomyślałam i podałam mu zdjęcie, aby upewnić się, że to na pewno ich pamiętał.
- Pamiętacie tą dwójkę, która zgubiła drogę? – Zapytał chłopak, a starcy spojrzeli po sobie – Zatrzymali się tutaj jakiś rok temu
- Faktycznie! Teraz pamiętam. – Kobieta uśmiechnęła się do mnie.
- Wiedzą Państwo gdzie się później udali?
- Pokierowałem ich jak dojechać do Sugarville i odjechali.
- Powie mi Pan którędy tam dojechać?
- Kiedy wyjedziesz z miasteczka i miniesz pole dyniowe  skręć w prawo na rozdrożu. Później wystarczy, że będziesz patrzeć na znaki
- Dziękuję serdecznie, bardzo mi państwo pomogli – przy drzwiach rozległ się dźwięk dzwonka
- Przepraszam – powiedziała rudowłosa dziewczyna, a zaraz za nią do sklepu wszedł jakiś napakowany koleś, który wydawał się jej chłopakiem.- Zepsuło nam się auto. Czy jest tutaj gdzieś warsztat? 


16:04 22 września 2009 r. 
Mgła otaczająca pole i okoliczne drzewa byłą wręcz demoniczna. Czułam dreszcze kiedy kroczyłam ścieżką, wtedy ujrzałam tego koszmarnego stracha na wróble. Był szkaradny: stary, zniszczony prochowiec, sfatygowany kapelusz i maska która sprawiała, że upiór przyprawiłby niejednego o zawał serca nocną porą. Podeszłam bliżej, aby się przyjrzeć. Wzięłam drabinę i wspięłam po szczeblach. Kiedy znalazłam się na wysokości czupiradła puls mi przyspieszył. Miałam wrażenie, że za chwilę monstrum serwie się z lin, którymi był przytwierdzony do stelażu. Moją uwagę przykuło znamię na mordzie tej zmory. Nagle coś sobie przypomniałam i wyciągnęłam z plecaka zdjęcie dziewczyny. Miała bliznę dokładnie w tym samym miejscu co ta diabelska maszkara.
- No to już wiemy co się z nimi stało


 17:22 22 września 2009 r. 
Poinformowałam Alcona o tym czego się dowiedziałam. Powiedział mi, że to prawdopodobnie 
Karmin –bożek, który opiekował się plonami i ochraniał wioski przez złem. Zazwyczaj jego ołtarz w postaci stracha na wróble był stawiany na polach lub sadach. Składano mu ofiary mu z kobiety i mężczyzny. Niestety wciąż nie znalazł odpowiedzi jak go zabić. Verne wciąż nie oddzwaniał mimo, że zostawiłam mu chyba z tysiąc wiadomości. Na bank wiedziałby, co zrobić w tej sytuacji.


19:49 23 września 2009 r. 
- Czemu ja wcześniej o tym nie pomyślałam!  - powiedziałam, kiedy ujrzałam samochód na środku drogi – To na pewno ta parka, która zatrzymała się w sklepie – Wysiadłam z samochodu i zabrałam ze sobą strzelbę. Biegłam pomiędzy drzewami szukając dwójki niczego nieświadomych cywili. Kiedy wybiegli na mnie wyglądali na przerażonych – maszkaron pewnie już się zerwał na polowanie.
- Uciekajcie do samochodu i … - nie musiałam kończyć, oboje wzięli nogi za pas i pognali w stronę szosy.
Zaczęłam strzelać do tego diabelskiego monstrum, niestety bez skutku. Jako, że srebrne kule nic nie dały musiałam uciekać. Odjeżdżając widziałam z oddali samochód niedoszłych ofiar Karmina.
Zadzwonił telefon – Alcon
- Właśnie uciekłam żywemu maszkaronowi. Masz coś dla mnie?
- Ogień! Musisz spalić święte drzewo! 
- Nie pomagasz. – zdyszana wysapałam do telefonu - Skąd mam wiedzieć które to? – usłyszałam odłożoną słuchawkę – HALO! – wołałam bezcelowo. Słyszałam jedynie ciszę. - No super! – Alcon zawsze się rozłączał, kiedy pytałam go o coś, czego nie wiedział. Poczułam silny ucisk w klatce piersiowej – coś uderzyło w moje auto.


16:22 24 września 2009 r.
Usłyszałam otwierające się drzwi pomieszczenia, w którym się ocknęłam
- Ciociu Nevido proszę nie róbcie mi tego, proszę – był to chłopak, który pomógł mi w znalezieniu moich rzekomych znajomych. Facet który pokazywał mi drogę, wepchnął go po schodach do pomieszczenia– Czemu to robicie? – Był wyraźnie przestraszony.
- Gdyby nie ona – wskazała na mnie – nigdy nie dowiedziałabyś się o tym 
- On – prawdopodobnie chodziło mu o stracha– jest na nas zły, nasze plony marnieją - to dla wspólnego dobra kochanie – mówiąc to zamknął drzwiczki i zaryglował je.
 

16:58 24 września 2009 r. 
- Przestań! – wrzasnęłam na niego – Twoje łażenie w kółko i stękanie nic nie pomoże
- Przecież to nie może być prawda, dlaczego oni to robią? – Chłopak wydawał się być zdezorientowany.
- Musisz mi pomóc.
- Jak? Jesteśmy tu uwięzieni – boże jak ja nie cierpię takich mazgai 
- Jak masz na imię?
- Avion – powiedział chłopak
- Posłuchaj Avion, możemy wyjść z tego cało. Mam na imię Vonie i jestem łowczynią demonów. – Mówiąc to pokazałam mu swój tatuaż na karku, który chronił mnie przez urokami. -Myślę, że po tym co dziś zobaczyłeś, jesteś w stanie mi uwierzyć. Wydaje mi się, że nie masz specjalnego wyboru.  Musisz mi powiedzieć czy w okolicy pola jest jakieś drzewo, które jest stare, albo traktowane, jakby było święte? - spojrzał na mnie i już chciał zaprzeczyć, kiedy nagle coś go olśniło.
- Jest bardzo stary dąb. Z tego co wiem, było to pierwsze drzewo, które posadzono na tych ziemiach –powiedział.
- Obiecuje, wyjdziemy z tego. – sama nie wierzyłam do końca w to co mówię


17:31 24 września 2009 r. 
- Dlaczego to robicie? – chłopak zapytał wyraźnie przerażony tym, że ci których kochał chcą złożyć go w ofierze.
- To jest dla nas trudne, ale to musisz być ty. – powiedziała jego ciotka
- Zostaniemy karmą dla Karmina, podczas gdy wy będziecie się cieszyć szczęściem i brakiem problemów.  To jest dla was takie trudne?- Krzyczałam cała roztrzęsiona.
-Wspólne dobro jest ważniejsze, niż dobro jednostki – powiedziała ta stara raszpla, kiedy siedzieliśmy przywiązani do drzewa.
- Wynośmy się stąd, za chwile zrobi się tutaj nieprzyjemnie. – Powiedziała ciotka do reszty społeczeństwa wplątanego w to całe zamieszanie.


18:41 24 września 2009 r.
- Dlaczego oni to robią? – młody po mimo całej tej sytuacji, wciąż nic nie rozumiał
- Składają nas w ofierze Karminowi. Jest to bożek, który chroni ich plony w zamian za ofiarę z mężczyzny i kobiety, czyli ciebie i mnie w tym przypadku. Wszystko po to,  aby ich marne życie nabrało kolorów. Zabili już tyle ludzi, że jesteś dla nich jedynie kupą mięsa
- Vonie, ale obiecałaś, że nas stąd wydostaniesz!
- Wciąż pracuje nad planem. – kompletnie nie wiedziałam co mam zrobić. Byłam totalnie bezbronna.
- Słyszałaś? 
- Przykro mi młody, ale to chyba nasz koniec – powiedziałam pogodzona ze swoim losem.
- Vonie! – to Verne, nigdy się tak nie cieszyłam słysząc jego głos
- Tutaj! – krzyczeliśmy przez siebie. Kiedy nas zobaczył podbiegł i rozciął liny. 
- Verne, przepraszam za wszystko, co mówiłam. – coś mi przestało pasować. – Jak się tutaj dostałeś?
- Ukradłem motor.
- Moja krew. – nigdy nie uwierzyłabym, że mój brat byłby zdolny do kradzieży cukierka, a co dopiero motoru.
- Dla ciebie wszystko! – zaśmialiśmy się
- Nie chce wam psuć tej rodzinnej scenki, ale … Gdzie jest straszydło?


19:13 24 września 2009 r. 
Biegliśmy przez pole szukając świętego drzewa i jednocześnie uciekając przed Karminem. Mijaliśmy kolejne drzewa, ale Avion nie mógł go znaleźć. Zobaczyłam światła latarek
- Puśćcie nas, nikomu nie powiemy co się tutaj stało – Chłopak uparcie próbował wziąć wujostwo na litość.
- Nie możemy – rzekł jeden z mężczyzn, który był wmieszany w obrzęd – to zaszło za daleko, aby teraz odpuścić. Karmin jest zły. 
- Zaraz będzie po wszystkim, musicie oddać mu się
- Aaa! – kobieta krzyknęła, kiedy zobaczyła, jak głowa jej męża została odcięta kosą, którą operował strach. Po chwili to samo zrobił z ciotką Aviona . Oboje zostali ofiarami stracha. Wtajemniczeni miejscowi zaczęli uciekać podczas, gdy bożek nieprzejęty cała sytuacją, złapał ciała i zaczął je ciągnąć za sobą. Po chwili nie było po nim śladu. 


15:43 25 września 2009 r. 
Avion zaprowadził nas kolejnego dnia do świętego drzewa. W świetle dziennym poszło mu, to o wiele szybciej. Kiedy zobaczyliśmy stary dąb, otworzyliśmy kanistry i oblaliśmy cały pień kilkoma litrami benzyny. Płomień pochłonął drzewo w kilka chwil, jakby natura pragnęła się go pozbyć od lat. Z tego co mi wiadomo, Avion wyjechał z miasteczka gdzieś na południe. Nie można mu się dziwić, w końcu chłopak sporo tutaj przeżył. To miejsce jeszcze przez wiele lat, będzie opanowane przez mrok i strach. Nigdy wcześniej tak się nie cieszyłam, po udanej akcji. Wyjaśniliśmy sobie z Verne kilka spraw i wtedy Alcon zadzwonił z kolejnym zleceniem. Przed nami kolejna podróż niosąca nowe przygody, ale i nowe niebezpieczeństwa. Podobno gdzieś w Arcanum Falls grasują lewiatany



~Erias Karou

Zwykła rozmowa

Pamiętam jak będąc dzieckiem (czyt. okres przedszkole-początek podstawówki) wystarczyło kilka słów i już kogoś znałem, nie wahałem się mu za...